fav. link. book. about. profile.
.sztuka-kochania. .hogwart-eksperymentalny. .orzechowa-rozkosz. .pamietnik-o-milosci.

- - -

rozdział czwarty.
2


- Ta zniewaga krwi wymaga!
Blaise przewrócił znudzony kolejną stronę podręcznika od historii magii, podczas gdy Draco z mściwym wyrazem twarzy obmyślał plan zemsty na tej „małej, złośliwej, wrednej, zołzowatej Heart”. Brunet dawno już przestał słuchać wynurzeń o charakterze bajkowo-twórczym swojego blondwłosego przyjaciela, licząc na to, że w końcu ten się zmęczy i da sobie spokój. Nie uważał też, aby musiał się martwić o Jenny – skoro już teraz pokazała pazury, Dracze ze swoim „chytrym planem” tym bardziej jej nie zaszkodzi.
- Bezczelna Gryfonka, co ona sobie w ogóle wyobraża?! Nie zamierzam jej tego puścić płazem, popamięta mnie! Taka partia mi przeszła koło nosa, masz pojęcie, ile się starałem?! Wszystko poszło na marne i wszystko przez tę wariatkę! Mówię ci, Zabini, zapłaci mi za to!
Zielonooki, niewzruszony, dokończył rozdział książki, po czym spokojnie sięgnął po płaszcz i w milczeniu zapiął guziki.
- Rób co chcesz, Malfoy, ale ostrzegam cię, że ona jest…
- …jeszcze gorsza? – wciął się wpół zdania Draco zjadliwym tonem.
Blaise tylko się uśmiechnął.
- Jest też moją przyjaciółką. Uważaj, co robisz – skinął głową i wyszedł z dormitorium.
Malfoy machnął ręką i nadal przechadzając się po pokoju, starał się wymyślić coś, co mogłoby nauczyć pannę Heart, że z nim się nie zadziera. Nic o niej nie wiedział, a raczej wiedza, jaką posiadał, była niewystarczająca, aby móc ją skutecznie wykorzystać. Jedyne, co miał, to jej szpilki, co swoją drogą było bardzo ciekawe – można zapomnieć swetra, zgubić różdżkę, ale wyjść bez butów? Serio? Trzeba być kompletnie pokręconym. Albo nieobliczalnym. Albo aroganckim. Albo niesamowicie zalanym.
Albo wszystko na raz?
Zdecydowanie potrzebował czasu.

***


Jennifer siedziała w bibliotece, męcząc się nad zadaniem z eliksirów. Ilekroć przypominała sobie postać znienawidzonego profesora, na jej twarzy pojawiał się grymas niechęci i żądzy mordu.
- Ja też obmyślam plan krwawej zemsty – poinformował ją półszeptem Ron, który od dłuższego czasu błądził bezmyślnie wzrokiem. – Ten głupi, stary nietoperz powinien sobie wymyślić lepsze hobby, niż zarzucanie nas taką ilością beznadziejnych zadań. Ciekawe, że zawsze starcza mu czasu na sprawdzanie tego gówna.
Dziewczyna z chęcią podchwyciła temat, odsuwając od siebie materiały.
- Założę się, że nawet tego nie robi. Widzi podpis: „oho, Gryffindor, no to trzeba dać Okropne, a potem poznęcać się trochę i poudawać, że ta skretyniała sklątka tylnowybuchowa ma chociaż namiastkę mózgu i dać mu W.”. Myślisz, że ich coś ten-ten…? Już sobie wyobrażam tego gumochłona pod biurkiem u Snape’a. Ochhh!
Ron musiał wsadzić sobie pięść do ust, żeby nie wybuchnąć śmiechem na całą bibliotekę.
- No ale spójrz. Tutaj zdecydowanie jest coś podejrzanego. Wyróżnia tylko jego. Najwyraźniej musi mu się jakoś odwdzięczać… Mówię ci, tutaj musi być coś na rzeczy.
Ron zaczął rozpaczliwie machać jedną ręką, prosząc tym gestem o to, żeby przez moment siedziała cicho. Gryfonka z miną niewiniątka przysunęła sobie na nowo pergamin i pióro, usiadła prosto i wzięła się do przepisywania skomplikowanych formułek. Podczas kiedy ona ogarnęła ich już znaczą część, rudzielec zdążył wyjść, wyśmiać się i… wrócić z towarzystwem.
- No no, siostrzyczko. Miło widzieć, że się pilnie uczysz.
Heart podniosła głowę na dźwięk głosu Zabiniego i uśmiechnęła się radośnie.
- Zab! – wydusiła z siebie, starając się nie przekraczać za bardzo dopuszczalnej głośności. Nic te zabiegi nie dały, bo i tak pani Pince rzuciła jej ostre spojrzenie.
- Wybieram się na krótki spacer do Hogsmeade. Może mi potowarzyszysz?
Jen już chciała rzucić wszystko i nie oglądając się na nic, uciec daleko od eliksirów, wypracowania na transmutację i trzech nowych formułek na zaklęcia, ale kiedy uświadomiła sobie ogrom pracy, w momencie przestała się uśmiechać i zrobiła bardzo nieszczęśliwą minę.
- Nie mogę – szepnęła żałośnie. – Mamy jeszcze full roboty, a naprawdę chciałabym się wyspać tej nocy… – Zabini wyszczerzył się, na co Jenny posłała mu zabójcze spojrzenie: – Nie to miałam na myśli, niewyżyty gadzie.
Ron, który po czasie załapał aluzję, zaczął powtarzać jak mantrę: „nienawidzę Snape’a, nienawidzę Snape’a”, żeby nie wybuchnąć śmiechem na całą bibliotekę. Coraz częściej dochodził do wniosku, że ten cały Zabini to nawet całkiem ludzki jest.
Jak na Ślizgona, oczywiście.
Blaise nie przyjmował jednak odmowy. Rozpiął płaszcz, przewiesił go przez oparcie krzesła i usiadł ciężko na krześle obok przyjaciółki.
- Pokaż, co tam masz - i niecałe piętnaście minut później oboje z Ronem mieli eliksiry z głowy.
- Jesteś niesamowity, Zabciu – stwierdziła, całując chłopaka w policzek. Gryfon kiwnął mu głową na znak podziękowania, wciąż jeszcze nie do końca rozumiejąc, jak można było w tak krótkim czasie zrobić aż tyle. W dodatku z eliksirów… Ale na wszelki wypadek wolał się nie odzywać.
- Zaklęcia poćwiczymy w drodze, mademoiselle, więc liczę, że przekażesz tę szlachetną wiedzę swojemu kumplowi później. A z wypracowaniem musicie sobie sami poradzić, bo to jedyne, co idzie mi naprawdę ślamazarnie.
- Coś ci nie wychodzi, cóż za ulga – mruknął rudzielec, zbierając rzeczy do torby.
Blaise posłał mu wesołe spojrzenie.
- Nie spinaj się, Weasley, bo skurczu dostaniesz.
Ron machnął ręką, szczęśliwy, że będzie mógł w spokoju pograć w Eksplodującego Durnia przed spotkaniem prefektów. Nawet docinki Zabiniego nie robiły na nim wrażenia. Podczas kiedy Jenny pakowała również swoje rzeczy, on zdążył już opuścić bibliotekę.
- Co się dzieje w twojej główce, panie genialny? – zapytała, kiedy i oni znaleźli się w bezpiecznej odległości od wyczulonego słuchu bibliotekarki.
Brunet zarzucił sobie torbę przyjaciółki na ramię, a z kieszeni wyjął mugolskie papierosy. Zaproponował jednego Jen, ale ta pokręciła głową, więc odpalił sobie jednego od różdżki i zaciągnął się z błogim wyrazem twarzy.
- Mam tradycyjnie problem natury sercowej, droga przyjaciółko, i chociaż starałem się, jak mogłem, to niestety nic błyskotliwego nie przyszło do mej ślizgońskiej główki, dlatego postanowiłem zasięgnąć rady kogoś mądrzejszego.
- Lizus – roześmiała się Jen, ciaśniej oplatając się szalem.
Czyżby zima chciała do Anglii nadejść wcześniej niż zwykle?
- Raczej zagubiony, spragniony miłości, chłopiec – odparł brunet, posyłając jednocześnie jakiejś wgapiającej się w niego blondynce szeroki, zawadiacki uśmiech.
Jennifer przewróciła oczami.
- Konkrety, Zab, konkrety.
- Dwa tygodnie temu podsłuchałem rozmowę panny Granger i jakiegoś bubka z Ravenclaw, który próbował zaprosić ją na randkę. Nie udało mu się, ku mojej ogromnej radości, ale nie odpuścił. Z moich prywatnych źródeł – Heart rzuciła mu udawane, przerażone spojrzenie. – wiem, że jeszcze ponawiał propozycje, nawet te pseudo „czysto koleżeńskie”. Na imprezie ciągle się koło niej kręcił, prawie wyrywaliśmy ją sobie z rąk. I wiesz, co ta mała szelma wymyśliła?
- Hermiona czy „bubek z Ravenclaw”?
- Hermiona – uśmiechnął się lekko. – Dała wyraźnego kosza nam obu, przez calusieńki wieczór pozwalając Finniganowi sobie usługiwać.
- Bo ty bardzo chciałeś porobić za skrzata domowego… - mruknęła Jen, w duchu zadowolona, że Gryfonka okazała się na tyle inteligentna, że zostawiła obu napaleńców samym sobie. Chyba jej pogratuluję, pomyślała rozbawiona.
Blaise nie usłyszał tej uwagi, koncentrując się na własnej opowieści.
- Oczywiście, ten wasz kolega wcale nie jest groźnym rywalem, więc moja chwilowa złość zdążyła się rozpłynąć w powietrzu, nie mniej jednak pozostaje problem bubka.
Jennifer westchnęła.
Z Hermioną rozmawiała teraz niemal na każdy temat, tak często, jak to było możliwe. Jednak wciąż nie mogła przebić się przez niektóre mury, nadal pozostawała jakaś blokada, której nijak nie mogła pokonać. Tak było też w przypadkach sercowych panny Granger. O rodzinie, przyjaciołach, szkole, marzeniach, wspomnieniach mogła mówić bez końca, z pełną swobodą – oczywiście po zadaniu kilku zgrabnych pytań – i dzięki umiejętnie prowadzonym rozmowom Jen znała już niemal każdą anegdotę z życia nie tylko Hermiony, ale również Hogwartu. Nic jednak nie mogło jej skłonić, żeby zechciała cokolwiek powiedzieć o tym, co się dzieje w jej sercu.
- Chciałabym ci pomóc, kochanie, ale to chyba jedyna rzecz na świecie, która jest ponad moje zdolności interpersonalne – odparła Jen, ciaśniej otulając się swetrem.
Blaise pokręcił głową.
- Musisz mi jakoś pomóc, jesteś moją jedyną nadzieją.
Heart zmarszczyła nos.
- Dlaczego akurat ona? Daj spokój, B. Jesteś mega ciachem, a o Hermionie nie wiesz kompletnie nic. Skąd wiesz, że w ogóle cię zainteresuje? Jako, no wiesz, osoba, a nie obiekt seksualny.
Zabini parsknął śmiechem.
- Ciekawe określenie – rzucił przyjaciółce rozbawione spojrzenie, ale widząc jej spojrzenie, wzruszył ramionami. – Nie wiem. Nie mam pojęcia, czemu tak bardzo tego… jej chcę, ale dopóki nie zdobędę to się nie dowiem, prawda?
- Nie, Blaise. To wygodne dla ciebie tak myśleć. Nie chcę, żebyś skrzywdził Hermionę – brunet już otwierał usta, żeby zaprotestować, ale Jen uciszyła go gestem. – Wiem, że nie jesteś tego typu facetem. Ale co jeśli się okaże, że to jakaś chwilowa, bo ja wiem, fascynacja? Co, jeśli zawrócisz jej w głowie, narobisz nadziei, a dla ciebie to będą tylko przypadkowe iskry?
Na to zielonooki nie miał przygotowanej odpowiedzi.
Szli chwilę w ciszy, obserwując zachodzące słońce.
- I co ja mam robić, Di?
- Spróbuj ją poznać, obserwować, dać się lubić. Tylko bez tej całej afery pt. „jestem Blaise Zabini, jestem zabójczy, musisz mnie uwielbiać”, ok?
Blaise wybuchnął śmiechem.
- To chyba bardziej w stylu Draco.
Jennifer machnęła ręką.
- Będę trzymać kciuki… a przy okazji, nie widziałeś gdzieś moich butów?
- Butów? – Zab spojrzał na Jennifer zaniepokojony. – Zgaduję, że na twoich stopach?
- Wyszłam wczoraj z imprezy bez moich szpilek, zupełnie o nich zapomniałam! Hej, nie śmiej się. Nie ma ich w sali ani na korytarzu, a przecież nie mogły się tak po prostu rozpłynąć w powietrzu.
Zabini urwał śmiech w połowie i mocno zmarszczył czoło. Skrawki dzisiejszego monologu Smoka zaczęły mu się przewijać w pamięci i gdzieś w tle majaczył obraz czarnych obcasów, stojących beztrosko przy kominku.
Raczej nie były Dracona – wątpliwa sprawa, żeby jego ogromna stopa wcisnęła się w tak mały rozmiar.
- Jen, nie chcę cię martwić, ale chyba wiem, w czyim posiadaniu mogą być.
- Jakim posiadaniu? Zwariowałeś? Pewnie je gdzieś zos… - spojrzała na Zabiniego wielkimi oczami. – O cholera jasna…


***


Hermiona zdecydowanie nie była fanką Eksplodującego Durnia, więc kiedy tylko zegar wskazał godzinę zero była wdzięczna, że może w końcu opuścić głośny Pokój Wspólny i udać się na zebranie prefektów.
- Ron, zebranie u profesor McGonagall – oznajmiła zaaferowanemu grą przyjacielowi i nie czekając, aż do niej dołączy, wyszła z domu lwa i skierowała swoje kroki w stronę gabinetu nauczycielki transmutacji. Była ciekawa co też takiego w tym roku wymyślił dyrektor.
Dziesięć minut później wicedyrektorka rozpoczęła zebranie coroczną pogadanką o bezpieczeństwie, zasadach i tradycji.
- Jeśli przydzielą mnie do Puchona to się zabiję. Oni są tacy nudni – mruknął Hermionie do ucha rudzielec.
Uciszyła go jednym spojrzeniem.
- …i tym samym chciałabym raz jeszcze nadmienić o dwójce prefektów naczelnych, Hermionie Granger i Anthonym Goldsteinie, do których będziecie się zwracać z każdym problemem bądź informacją i tak samo oni będą waszym łącznikiem z radą pedagogiczną. Przypominam, że do godziny dwudziestej pierwszej w dni powszednie każdy uczeń tej szkoły ma zakaz przekraczania progu swojego Domu, weekendy do tej samej godziny wszyscy do szóstej klasy mają obowiązek znajdować się w swoich Pokojach Wspólnych, klasa siódma do godziny dwudziestej drugiej. Patrole trwają zawsze pół godziny dłużej. Jasne? – ośmiu prefektów pokiwało głowami, lekko znudzeni słuchaniem co roku tego samego. – Przejdźmy zatem do najważniejszego punktu. – McGonagall machnęła różdżką i w powietrzu przed nią znalazła się podkładka wraz z listą prefektów i przyporządkowanymi do nich dniami i miejscami patroli.
Pół godziny później Ronald Weasley jako pierwszy opuścił gabinet opiekunki swojego domu z wypiekami na twarzy i zgrzytającymi zębami.
- Uspokój się, Ron – wysyczała, kiedy Malfoy i Parkinson minęli Gryfonów z równie rozeźlonymi minami. – Sam powiedziałeś, że nie chcesz być w parze z nudnym Puchonem – dodała ironicznie, wyprzedzając przyjaciela o kilka kroków.
- Tak, ale to nie oznaczało Ślizgona jako alternatywę! – wrzasnął. Minerwa McGonagall rzuciła swojemu podopiecznemu nieprzyjemne spojrzenie.
- Panie Weasley, ma pan być przykładem, a nie rozwrzeszczaną podobizną Irytka. Za godzinę rozpoczyna się pański patrol, może poświęciłby pan ten czas na powtórkę materiału z transmutacji? Z pewnością przyda się to panu jutro. – Ron zrobił nieszczęśliwą minę, na co Hermiona tylko westchnęła. – Dobranoc, panno Granger.
- Dobranoc, profesor McGonagall – odpowiedziała Gryfonka, po czym złapała przyjaciela za poły szaty i pociągnęła go za sobą, z dala od gabinetu nauczycielki.
- Mówię poważnie, Ron. Daj sobie na wstrzymanie. To tylko kilka godzin w tygodniu. Poza tym w drugim semestrze najprawdopodobniej i tak nas pozmieniają, więc przestań zachowywać się jak dziecko.
- A TOBIE…
- Ciszej, na litość boską!
- A tobie – powtórzył Ron, ale kilka tonów niżej – niby pasuje te kilka godzin z Malfoyem? Szczerze wątpię.
Granger ominęła oszukany stopień i dopiero kiedy stanęła na pewnym gruncie, pokręciła głową.
- Oczywiście, że nie. Ale mam obecnie na głowie większe zmartwienia, więc wybacz, ale nie zamierzam się rozwodzić na ten temat. A poza tym McGonagall ma rację, lepiej powtórz materiał z ostatnich zajęć. Słyszałam od poprzedniego rocznika, że siódmy rok to ciężka harówka, więc na pewno zrobi nam jakiś test.
Ron przewrócił oczami.
- Jasne. Na pewno – wyprzedził przyjaciółkę, kierując swoje kroki w stronę Gryffindoru.
Hermiona wypuściła głośno powietrze, powtarzając sobie co chwilę: „tylko spokojnie, tylko spokojnie…”, kiedy ktoś dotknął jej ramienia.
- Chciałem się tylko upewnić, że nasz wypad do Hogsmade w tę sobotę jest nadal aktualny.
Anthony posłał jej nieśmiały uśmiech. Trochę ją irytował, ale nie umiała być dla niego niemiła.
- Jasne. O trzeciej przed bramą, zgadza się?
- Tak. Super. W takim razie… eee… do zobaczenia jutro na zielarstwie.
- Do zobaczenia.
Rozeszli się na skrzyżowaniu korytarzy nieświadomi, że w jednym z nich, za posągiem rycerza, stoi Blaise Zabini.
Blaise Zabini, który właśnie sobie uświadomił, że jeśli nadal będzie tylko dumał i bujał w obłokach, to nigdy nie zdobędzie – najprawdopodobniej – kobiety swojego życia. 


***


Durny, durny, durny Malfoy! Słodki Merlinie, dlaczego ja zawsze muszę trafić na jakąś niedorobioną sklątkę tylnowybuchową?! To naprawdę przestało być już zabawne. W ogóle to uważam, że na świecie byłoby piękniej, gdyby można było wyeliminować z niego kilku kretynów. Serio, przecież oni tylko szkodzą. Jak szczury. Czy coś w tym rodzaju.
- …kolację?
- Jestem zmęczony.
- Czy ja ci każę coś robić? Mogę być na górze, skoro jesteś już aż takim leniem, żeby…
Zza rogu wyszła wyżej wymieniona sklątka z Pansy, która na mój widok podskoczyła i zalała się rumieńcem.
Parkinson, nie Malfoy, bo Malfoy posłał mi ironiczny uśmieszek i raczej nie wyglądał na takiego, którego bardzo dziwi moja obecność w lochach.
- No, no, kogo my tu mamy… - zmierzył mnie nieprzyjemnym wzrokiem i zatrzymał kilka kroków dalej.
- Cześć Pansy – rzuciłam obojętnie w stronę zdziwionej brunetki, która zdołała tylko kiwnąć mi głową, co rusz przenosząc wzrok z blondasa na mnie. – Wiesz, po co przyszłam – zwróciłam się znów do tlenionego - więc daruj sobie.
- Nie jesteś w moim typie, Heart – stwierdził lekceważąco.
Parkinson zrobiła wielkie oczy.
- Cóż za ulga, bo ty w moim też nie – prychnęłam.
- Jenny, o co chodzi? – zapytała Pansy, krzyżując ręce.
- O buty – mruknęłam, zdając sobie sprawę, jak bardzo jest to idiotyczne.
- Co?
Malfoy zaśmiał się drwiąco.
- Pansy, czy wyobrażasz sobie sytuację, w której wychodzisz z imprezy w środku nocy bez obuwia?
Parkinson zrobiła taką minę, jakby jej tleniony właśnie oznajmił, że Święty Mikołaj nie istnieje.
- Nie rób scen, Malfoy, tylko oddawaj mi moje szpilki i sprawa załatwiona.
Pansy najwyraźniej uznała nas za świrów, bo rzuciła tylko: „czekam na ciebie w twoim dormitorium, Draco” i weszła do Pokoju Wspólnego Ślizgonów z miną mówiącą mniej więcej: „jesteście szurnięci, spadam stąd, bo jeszcze się zarażę”.
- Sprawa będzie załatwiona, kiedy ja tak powiem.
Czy tylko mi się wydaje, czy to jest naprawdę idiotyczna sytuacja?
Przewróciłam oczami.
- Oddasz mi je czy zamierzasz się bawić w przebieranki przed swoją kochanką? – sapnęłam, mając powoli dość rozmowy zmierzającej do nikąd. - A tak przy okazji: ty i Parkinson uprawiający seks? Ugh, ohyda - wzdrygnęłam się.
Posłał mi bardzo rozbawione spojrzenie.
- Zamierzam się pobawić z tobą, Heart.
Prychnęłam.
- Już ci powiedziałam, że nie jesteś w moim typie.
- I vice versa.
Zapadła chwila ciszy, podczas której on szczerzył się złośliwie, a ja traciłam resztkę spokoju.
- Nie to nie! – wybuchnęłam. - Jakoś przeżyję bez tej pary butów! Baw się dobrze, Malfoy – warknęłam i odwróciłam się na pięcie, rozzłoszczona.
- Koniec będzie wtedy, kiedy ja tak zadecyduję – usłyszałam zza pleców, więc w odpowiedzi przekazałam Ślizgonowi pozdrowienia środkowym palcem i już za moment biegłam schodami na górę.
Ja mu jeszcze pokażę!



sobota, 15 X 2011
komentarze [2]



- - -

2011
Mar (1)
May (1)
Jun (1)
Jul (1)
Oct (1)




Autor: mała.
Obrazy: google, deviantart.
Zatem proszę trzymać łapki przy sobie.